07.10.2011, 12:12
Książka w fazie pisania
przypuszczalny tytuł:
„NAJBIELSZA BIEL”
ROZDZIAŁ 1
Przyjaźń
Znali się od zawsze. Tak przynajmniej jej się zdawało. Od kiedy pamiętała latała za nim po podwórku, widząc w nim starszego brata. Mimo, że na początku odpędzał się od niej, to wkrótce znaleźli wyjście z tej sytuacji. Mateusz był trochę starszy i wiedział, że w oczach kolegów straciłby, gdyby się okazało, że bawi się z dziewczyną. Ale nie mógł się od niej odczepić. Ta mała biegała za nim jak szalona. Nie wiedział, o co może jej chodzić, dopóki nie dostrzegł w jej oczach przerażającej samotności. No tak na ich podwórku nie miała rówieśniczek, a na inne osiedla mama pewno nie pozwoliła jej chodzić. Tak więc pewnego razu wziął ją za rękę i powiedział:
- Jeśli musisz już za mną łazić, to przynajmniej powinnaś wyglądać jak chłopak.
Nie odpowiedziała mu na tą uwagę. Ten pomysł na początku jej się nie spodobał, ale kiedy Mateusz załatwił nożyczki i zaczął obcinać jej włosy, poczuła się wyróżniona i zaszczycona, że zwraca na nią uwagę i chce się nią zajmować. Wprawdzie wieczorem dostała solidne lanie od matki, ale teraz przynajmniej miała utorowaną drogę do Mateusza.
- Wreszcie będę mogła się z nim bawić, a nie być tylko rzepem na jego ogonie - pomyślała przed zaśnięciem i nic już się dla niej nie liczyło. Zasypiając widziała już Mateusza, który troszczy się o nią i broni przed innymi chłopakami.
Wprawdzie zabawy chłopaków w wojnę i strzelanego wydawały jej się strasznie głupie, ale skoro to był jedyny sposób, aby być bliżej Mateusza...
Nie zawsze jednak było tak słodko jak jej się na początku wydawało, a właściwie to musiała być bardzo silna, aby wytrzymać wszystkie docinki innych chłopaków. Tylko Mateusz ją bronił, twierdził, że jest idealna do zabawy z nimi, bo taka mała to może się łatwo schować. Zawsze trzymał jej stronę i nie przeszkadzało mu, że jest słabsza od innych chłopaków. Wprawdzie raz się z niej śmiał - jak pokracznie przechodząc przez płot porwała majtki i kawałek sukienki, ale i tak budził w niej poczucie bezpieczeństwa. Często pytał się, czy jutro też się będzie z nimi bawić, co było dla niej bardzo miłe. Widziała w nim wojownika, ale także troskliwego opiekuna, który nigdy na nią nie krzyczał. Właśnie dlatego się w nim zakochała. To była szczeniacka miłość, ale dla niej to było coś pięknego i cudownego. Pamiętała, jak kiedyś na jej urodzinach dziadek spytał o to, za kogo wyjdzie za mąż, a ona bez skrępowania odpowiedziała, że za Mateusza z podwórka. Było to dla niej oczywiste, bo tylko jego potrafiłaby kochać. Teraz, gdy to wspominała uśmiech pojawiał się jej w kącikach ust. Jakie to wszystko kiedyś było proste. Po prostu kochała tak jak umiała i to jej wystarczało. Żadnych trosk, problemów, niedomówień i zazdrości. Życie dziecka jest takie proste i uczciwe, pełne ciepłych serdecznych uczuć. Tylko, kiedy to się zmieniło? I dlaczego na gorsze. Kiedy i gdzie traci się ten błogi spokój i równowagę ducha. Może w szkole, kiedy wszyscy wkoło wywołują presję a wszelkie problemy w szkole stają się powodem krzyku rodziców, a może trochę później...
Ten moment był dla niej przełomem. Jej pierwsza miesiączka była dla niej szokiem. Dostała ją jako pierwsza w swojej klasie i nic o tych sprawach nie wiedziała. Miała 7 lat i kiedy wieczorem w łazience zauważyła, że krwawi, całe życie stanęło jej przed oczami. Przypomniała sobie, że cały dzień bolał ją brzuch, a teraz widziała, że z brzucha dołem wylatuje krew. Poczuła strach, strach, który ją sparaliżował i podpowiedział natrętną myśl. Myśl, której tak bardzo się bała – Śmierć. Nie wiedziała tylko, dlaczego tak szybko musi umrzeć, ale czuła, że właśnie tak wygląda śmierć. Nie mogła wydobyć z siebie słowa by krzyczeć o pomoc. W końcu wyszła z łazienki, z oczami pełnymi łez podeszła do mamy i cicho szlochając powiedziała, że musi umrzeć i żeby mama się nie smuciła jak już jej nie będzie. Później powoli opowiedziała wszystko i dowiedziała się, co to jest miesiączka, a także, jakie są jej objawi i skutki. Dowiedziała się, że nie jest już małą dziewczynką, tylko kobietą. Nie mogła w to wszystko uwierzyć. Słyszała coraz straszniejsze rzeczy – o stosunkach, o rodzeniu dzieci i o bólu, który zawsze już będzie jej towarzyszył. To było jeszcze gorsze niż to, co sobie pomyślała na początku, to było obrzydliwe. Do tej pory zawsze bezgranicznie wierzyła swojej mamie, to jednak, co teraz usłyszała było dla niej nierealne i okropne. W nocy długo nie mogła zasnąć płacząc w swoją poduszkę.
ROZDZIAŁ 7
Ból
Leżała tak już od wielu godzin walcząc z przeraźliwym bólem. Przy najmniejszym ruchu doznawała uczucia jakby jakiś granat rozsadzał jej wnętrzności. Podświadomie czuła, że sama sobie jest winna, że nie powinna była prowokować go, gdy jest w takim stanie. Za wszelką cenę starała się mu wybaczyć, że od dłuższego czasu nie przypominał już tego człowieka, w którym się zakochała 5 lat temu. „Kocham go, kocham go, kocham go” – mówiła sobie, aby znieść to, co jej robił. Zamiast obwiniać go, starała się wspominać najpiękniejsze chwile z ich związku. Pamiętała jego czułe spojrzenie, gdy razem siedzieli w kawiarni przy nastrojowej muzyce z lat 80-tych. A potem zabierał ją swoim wysłużonym motorem nad rzekę i tam długo wpatrywali się w kłęby wzburzonej wody przy malutkim wodospadzie. Był wtedy taki czuły i kochający. Potrafił, jak nikt inny, godzinami wsłuchiwać się w szmer jej słów i nigdy nie dał jej do zrozumienia, że mógłby być znudzony. Była mu wdzięczna za wszystkie chwile razem spędzone, kiedy nie miała już czasem siły walczyć z losem, on przytulał ją do siebie, a jego ciepły głos dodawał jej nadziei. W jego słowach czuła oparcie i pewność, że nigdy jej nie skrzywdzi i zawsze będzie dla niej podporą. Zastanawiała się teraz, ja dawno temu słyszała ostatni raz słowa pociechy. Potrafię mu jeszcze wybaczyć i to jest siła mojej miłości - mówiła sobie. Mobilizując się zdołała powoli podpełznąć do telefonu i wykręcić numer Doroty. Czuła jak z ust kapie jej powoli krew – tworząc na podłodze szkarłatny owal jej cierpienia. Wiedziała, że musi to wytrzymać – kiedyś jej wspaniały kochanek powróci i znowu będzie jak dawniej. Usłyszała pukanie Doroty i wiedziała, że teraz może już odpłynąć.
Obudziła się w szpitalnym pokoju, w którym było jeszcze kilka osób. Nad nią stał mężczyzna w białym fartuchu i oglądał stłuczone żebra. Będzie dobrze - uśmiechnął się nieznaczne i przeszedł do następnego pacjenta. Była mu wdzięczna, że nie zadawał żadnych pytań, chociaż Dorota mogła zasugerować przyczynę tych obrażeń. Mogła mieć tylko nadzieję, że etyka lekarska sprawiła, iż nie chciał być dla niej przykry - prawiąc kazanie, lub sugerując powiadomienie policji. Po rozmowie z miłą pielęgniarką dowiedziała się, że leżała nieprzytomna prawie 14 godzin. I nagle znowu go poczuła – przeszył jej uda jak w paśmie skurczu. Jęknęła tylko, zdając sobie sprawę, że towarzysz ból jeszcze długo będzie jej przewodnikiem. Nie czuła go wcześniej i prawie o nim zapomniała. Leżąc w szpitalnym łóżku, czuła błogi spokój aż do momentu, kiedy nie chciała przewrócić się na bok. Czy nauczę się z nim żyć, czy nie jest on częścią naszego życia tu na ziemi. Co za różnica, że niektórzy mają go więcej, a inni mniej. Każde cierpienie ma jakiś cel, może Bóg chce mnie wzmocnić i sprawdzić moje uczucie. W takim razie pokażę, że mogę znieść dużo więcej, a jeśli trzeba to zniosę nawet śmierć. Może zresztą to jedyny sposób, aby Mateusz przypomniał sobie jak bardzo mnie kocha i jaką pustką się otoczy, gdy mnie już nie będzie. Może wtedy będzie miał więcej siły, aby siebie naprawić i wyrwać z objęć demona – demona, który zniszczył już niejedną rodzinę – przezroczysty napój, który pali jak ogień, lecz zmienia nasze ciało w swoich niewolników.
Czasami, gdy leżała nieprzytomna zdawało jej się, że jej anioł stróż przychodził, aby z nią porozmawiać. Siadał na szpitalnym łóżku i szeptał słowa, które dawały jej nadzieję. Dziękowała mu serdecznie za te wizyty, bo przypominał jej jednego z towarzyszy dziecięcych zabaw. Miał zawsze uśmiechniętą twarz i żywe ogniki w oczach zupełnie jak dziecko, które coś przeskrobało i nie wie gdzie uciec oczyma, aby prawda nie wyszła na jaw. Przy nim czuła się spokojniejsza, zapominała o upływie czasu, jej troski znikały. I znikał także ON. Ból, który niszczył nie tylko jej ciało, lecz także umysł. Gdy się budziła zawsze zdawało jej się, że nie było jej tylko chwilę, ale pamiętała wyraźnie wszystkie rozmowy, które odbyła z tajemniczym gościem. Nazywała go w myślach „aniołem przybłędą”. Wiedziała, że ja polubił, ale bała się też, że może to już koniec jej życia objawia się tymi wizytami.
przypuszczalny tytuł:
„NAJBIELSZA BIEL”
ROZDZIAŁ 1
Przyjaźń
Znali się od zawsze. Tak przynajmniej jej się zdawało. Od kiedy pamiętała latała za nim po podwórku, widząc w nim starszego brata. Mimo, że na początku odpędzał się od niej, to wkrótce znaleźli wyjście z tej sytuacji. Mateusz był trochę starszy i wiedział, że w oczach kolegów straciłby, gdyby się okazało, że bawi się z dziewczyną. Ale nie mógł się od niej odczepić. Ta mała biegała za nim jak szalona. Nie wiedział, o co może jej chodzić, dopóki nie dostrzegł w jej oczach przerażającej samotności. No tak na ich podwórku nie miała rówieśniczek, a na inne osiedla mama pewno nie pozwoliła jej chodzić. Tak więc pewnego razu wziął ją za rękę i powiedział:
- Jeśli musisz już za mną łazić, to przynajmniej powinnaś wyglądać jak chłopak.
Nie odpowiedziała mu na tą uwagę. Ten pomysł na początku jej się nie spodobał, ale kiedy Mateusz załatwił nożyczki i zaczął obcinać jej włosy, poczuła się wyróżniona i zaszczycona, że zwraca na nią uwagę i chce się nią zajmować. Wprawdzie wieczorem dostała solidne lanie od matki, ale teraz przynajmniej miała utorowaną drogę do Mateusza.
- Wreszcie będę mogła się z nim bawić, a nie być tylko rzepem na jego ogonie - pomyślała przed zaśnięciem i nic już się dla niej nie liczyło. Zasypiając widziała już Mateusza, który troszczy się o nią i broni przed innymi chłopakami.
Wprawdzie zabawy chłopaków w wojnę i strzelanego wydawały jej się strasznie głupie, ale skoro to był jedyny sposób, aby być bliżej Mateusza...
Nie zawsze jednak było tak słodko jak jej się na początku wydawało, a właściwie to musiała być bardzo silna, aby wytrzymać wszystkie docinki innych chłopaków. Tylko Mateusz ją bronił, twierdził, że jest idealna do zabawy z nimi, bo taka mała to może się łatwo schować. Zawsze trzymał jej stronę i nie przeszkadzało mu, że jest słabsza od innych chłopaków. Wprawdzie raz się z niej śmiał - jak pokracznie przechodząc przez płot porwała majtki i kawałek sukienki, ale i tak budził w niej poczucie bezpieczeństwa. Często pytał się, czy jutro też się będzie z nimi bawić, co było dla niej bardzo miłe. Widziała w nim wojownika, ale także troskliwego opiekuna, który nigdy na nią nie krzyczał. Właśnie dlatego się w nim zakochała. To była szczeniacka miłość, ale dla niej to było coś pięknego i cudownego. Pamiętała, jak kiedyś na jej urodzinach dziadek spytał o to, za kogo wyjdzie za mąż, a ona bez skrępowania odpowiedziała, że za Mateusza z podwórka. Było to dla niej oczywiste, bo tylko jego potrafiłaby kochać. Teraz, gdy to wspominała uśmiech pojawiał się jej w kącikach ust. Jakie to wszystko kiedyś było proste. Po prostu kochała tak jak umiała i to jej wystarczało. Żadnych trosk, problemów, niedomówień i zazdrości. Życie dziecka jest takie proste i uczciwe, pełne ciepłych serdecznych uczuć. Tylko, kiedy to się zmieniło? I dlaczego na gorsze. Kiedy i gdzie traci się ten błogi spokój i równowagę ducha. Może w szkole, kiedy wszyscy wkoło wywołują presję a wszelkie problemy w szkole stają się powodem krzyku rodziców, a może trochę później...
Ten moment był dla niej przełomem. Jej pierwsza miesiączka była dla niej szokiem. Dostała ją jako pierwsza w swojej klasie i nic o tych sprawach nie wiedziała. Miała 7 lat i kiedy wieczorem w łazience zauważyła, że krwawi, całe życie stanęło jej przed oczami. Przypomniała sobie, że cały dzień bolał ją brzuch, a teraz widziała, że z brzucha dołem wylatuje krew. Poczuła strach, strach, który ją sparaliżował i podpowiedział natrętną myśl. Myśl, której tak bardzo się bała – Śmierć. Nie wiedziała tylko, dlaczego tak szybko musi umrzeć, ale czuła, że właśnie tak wygląda śmierć. Nie mogła wydobyć z siebie słowa by krzyczeć o pomoc. W końcu wyszła z łazienki, z oczami pełnymi łez podeszła do mamy i cicho szlochając powiedziała, że musi umrzeć i żeby mama się nie smuciła jak już jej nie będzie. Później powoli opowiedziała wszystko i dowiedziała się, co to jest miesiączka, a także, jakie są jej objawi i skutki. Dowiedziała się, że nie jest już małą dziewczynką, tylko kobietą. Nie mogła w to wszystko uwierzyć. Słyszała coraz straszniejsze rzeczy – o stosunkach, o rodzeniu dzieci i o bólu, który zawsze już będzie jej towarzyszył. To było jeszcze gorsze niż to, co sobie pomyślała na początku, to było obrzydliwe. Do tej pory zawsze bezgranicznie wierzyła swojej mamie, to jednak, co teraz usłyszała było dla niej nierealne i okropne. W nocy długo nie mogła zasnąć płacząc w swoją poduszkę.
ROZDZIAŁ 7
Ból
Leżała tak już od wielu godzin walcząc z przeraźliwym bólem. Przy najmniejszym ruchu doznawała uczucia jakby jakiś granat rozsadzał jej wnętrzności. Podświadomie czuła, że sama sobie jest winna, że nie powinna była prowokować go, gdy jest w takim stanie. Za wszelką cenę starała się mu wybaczyć, że od dłuższego czasu nie przypominał już tego człowieka, w którym się zakochała 5 lat temu. „Kocham go, kocham go, kocham go” – mówiła sobie, aby znieść to, co jej robił. Zamiast obwiniać go, starała się wspominać najpiękniejsze chwile z ich związku. Pamiętała jego czułe spojrzenie, gdy razem siedzieli w kawiarni przy nastrojowej muzyce z lat 80-tych. A potem zabierał ją swoim wysłużonym motorem nad rzekę i tam długo wpatrywali się w kłęby wzburzonej wody przy malutkim wodospadzie. Był wtedy taki czuły i kochający. Potrafił, jak nikt inny, godzinami wsłuchiwać się w szmer jej słów i nigdy nie dał jej do zrozumienia, że mógłby być znudzony. Była mu wdzięczna za wszystkie chwile razem spędzone, kiedy nie miała już czasem siły walczyć z losem, on przytulał ją do siebie, a jego ciepły głos dodawał jej nadziei. W jego słowach czuła oparcie i pewność, że nigdy jej nie skrzywdzi i zawsze będzie dla niej podporą. Zastanawiała się teraz, ja dawno temu słyszała ostatni raz słowa pociechy. Potrafię mu jeszcze wybaczyć i to jest siła mojej miłości - mówiła sobie. Mobilizując się zdołała powoli podpełznąć do telefonu i wykręcić numer Doroty. Czuła jak z ust kapie jej powoli krew – tworząc na podłodze szkarłatny owal jej cierpienia. Wiedziała, że musi to wytrzymać – kiedyś jej wspaniały kochanek powróci i znowu będzie jak dawniej. Usłyszała pukanie Doroty i wiedziała, że teraz może już odpłynąć.
Obudziła się w szpitalnym pokoju, w którym było jeszcze kilka osób. Nad nią stał mężczyzna w białym fartuchu i oglądał stłuczone żebra. Będzie dobrze - uśmiechnął się nieznaczne i przeszedł do następnego pacjenta. Była mu wdzięczna, że nie zadawał żadnych pytań, chociaż Dorota mogła zasugerować przyczynę tych obrażeń. Mogła mieć tylko nadzieję, że etyka lekarska sprawiła, iż nie chciał być dla niej przykry - prawiąc kazanie, lub sugerując powiadomienie policji. Po rozmowie z miłą pielęgniarką dowiedziała się, że leżała nieprzytomna prawie 14 godzin. I nagle znowu go poczuła – przeszył jej uda jak w paśmie skurczu. Jęknęła tylko, zdając sobie sprawę, że towarzysz ból jeszcze długo będzie jej przewodnikiem. Nie czuła go wcześniej i prawie o nim zapomniała. Leżąc w szpitalnym łóżku, czuła błogi spokój aż do momentu, kiedy nie chciała przewrócić się na bok. Czy nauczę się z nim żyć, czy nie jest on częścią naszego życia tu na ziemi. Co za różnica, że niektórzy mają go więcej, a inni mniej. Każde cierpienie ma jakiś cel, może Bóg chce mnie wzmocnić i sprawdzić moje uczucie. W takim razie pokażę, że mogę znieść dużo więcej, a jeśli trzeba to zniosę nawet śmierć. Może zresztą to jedyny sposób, aby Mateusz przypomniał sobie jak bardzo mnie kocha i jaką pustką się otoczy, gdy mnie już nie będzie. Może wtedy będzie miał więcej siły, aby siebie naprawić i wyrwać z objęć demona – demona, który zniszczył już niejedną rodzinę – przezroczysty napój, który pali jak ogień, lecz zmienia nasze ciało w swoich niewolników.
Czasami, gdy leżała nieprzytomna zdawało jej się, że jej anioł stróż przychodził, aby z nią porozmawiać. Siadał na szpitalnym łóżku i szeptał słowa, które dawały jej nadzieję. Dziękowała mu serdecznie za te wizyty, bo przypominał jej jednego z towarzyszy dziecięcych zabaw. Miał zawsze uśmiechniętą twarz i żywe ogniki w oczach zupełnie jak dziecko, które coś przeskrobało i nie wie gdzie uciec oczyma, aby prawda nie wyszła na jaw. Przy nim czuła się spokojniejsza, zapominała o upływie czasu, jej troski znikały. I znikał także ON. Ból, który niszczył nie tylko jej ciało, lecz także umysł. Gdy się budziła zawsze zdawało jej się, że nie było jej tylko chwilę, ale pamiętała wyraźnie wszystkie rozmowy, które odbyła z tajemniczym gościem. Nazywała go w myślach „aniołem przybłędą”. Wiedziała, że ja polubił, ale bała się też, że może to już koniec jej życia objawia się tymi wizytami.