Dziękuję wszystkim za odpowiedzi, to naprawdę miłe
Po pierwsze- depresja.
Nie, nie mam depresji. Na pewno. Skąd ta pewność, skoro piszę jak piszę? Otóż w wątku poruszyłam tylko jeden problem, zobaczyliście mnie pewnie jako osowiałą osobę pogrążoną w apatii (albo jakąś łagodniejszą wersję). Nie, nie i jeszcze raz nie. Po prostu tu napisałam o problemie, więc skupiłam się na jednym temacie i pewnie zabrzmiało to tak, jakbym cały czas myślała tylko o tej jednej rzeczy. Nie jest tak. Tak naprawdę widzę problem, ale nie skupiam na nim całej swojej uwagi, nie myślę w kółko ,,jest źle". Tak jakby przechodzę nad tym do porządku dziennego. Owszem mam na uwadze, że problem trzeba rozwiązać i w jakiś sposób próbuję, ale są to działania punktowe, a mi potrzeba czegoś działającego liniowo (jejku, chyba za bardzo odnoszę się do matematyki, ale mam nadzieję, że jest to zrozumiałe

). Nie patrzę na życie przez pryzmat problemu, tylko staram się w miarę obiektywnie (realnie, bez wyolbrzymiania, na chłodno- bo na zimno mimo wszystko się nie da) ocenić co jest a co być powinno. Wiem, że stać mnie na więcej wysiłku (włożonego w naukę), że jestem w stanie, ale- coś mnie trzyma. To chyba nie są objawy depresji prawda? W chwili obecnej nawet chandry nie mam
LadyPiano napisał(a):O tym samym pomyślałam. Jeśli masz taki stan od lipca, to nie jest normalne.
Z tym lipcem się trochę źle wyraziłam. Po prostu ostatnio zastanawiałam się kiedy ostatnio się do czegoś zabrałam, tak z energią i założeniem długoterminowości i stwierdziłam, że jakoś w lipcu. Owszem to prawie pół roku, wydaje się dużo czasu, ale tak naprawdę lwia część tego okresu po prostu nie wymagała ode mnie jakiegoś wysiłku, działania. Z tego czasu można więc spokojnie odliczyć wakacje, już z pół roku robią się trzy miesiące. Wrzesień też ode mnie nie wymagał zbyt dużo, więc ,,rozprężenie" postępowało dalej, a u mnie zaczęła się świecić lampka ,,zaraz, miało być inaczej".
da Vinci napisał(a):Zakładam, że w tym czasie coś mogło się wydarzyć w jej życiu. Śmierć kogoś bliskiego, niefortunna miłość lub po prostu brak zrozumienia innych, nie wiem, w każdym razie brak chęci do życia, że tak to ujmę, to objaw depresji.
Nikt nie umarł, w nikim się nie zakochałam (z tego co mi wiadomo), brak zrozumienia- cóż, sama się czasami nie rozumiem, więc raczej nie mogę wymagać tego od innych

Z resztą staram się przedstawiać w formie przystępnej do zrozumienia

A i brak chęci do życia- o to bym się nie podejrzewała. Rozumiem, po prostu tak mogło wynikać z poprzednich wpisów ale na pewno chęci do życia mi nie brakuje. Wbrew pozorom mam do życia i siebie dużo dystansu, staram się nie roztrząsać wszystkiego co się wydarzyło, bo wiem, że dostałabym do głowy i wtedy naprawdę potrzebowałabym pomocy specjalisty.
Trochę mi głupio że tak Was niechcący wprowadziłam w błąd, ale już tak mam, że nie zawsze umiem precyzyjnie określić o co mi chodzi.
Sworddancer napisał(a):Głównie dlatego, że większość rzeczy które muszę zrobić niezbyt lubię. Najważniejszy jest plan. Trzeba to stopniowo zmieniać. Poświęcać czas na obowiązki począwszy od ustalonego dla czynności czasu, np na naukę 30 min i gdy wejdziesz w standard, poczujesz, że możesz zwiększyć dawkę.
Właśnie problem jest w tym, że mam w planach uczenie się tego co lubię, co mi się podoba. I co pozwoli mi (według mojej teorii) być mądrzejszym człowiekiem, którym chciałabym być. A matura miała być takim kijem, dzięki któremu dostanę marchewkę

No i nie wychodzi i tu jest problem. Pół godziny nauki? Pół godziny to ja zeszyty przekładam

A tak na poważnie, nie chodzi nawet o czas, tylko o samo zaczęcie- jak już się wstrzelę to po godzinie nie zauważę upływu czasu (i będę zaskoczona że gorąca herbatka jest zimna). Tylko muszę znowu ,,zaprogramować" się na ,,siąść i pisać/ czytać/ robić coś na temat"
Olka napisał(a):Przeciwieństwem sukcesu jest przeciętność!
O tym nie słyszałam, ale to ma sens. Tylko jeśli się popadnie w przeciętność to można na początku tego ,,nie zauważyć", ciężko znaleźć granicę między wybitnością a przeciętnością, można być przekonanym o swojej wybitności i być tylko elementem szarej masy. A porażka jest bardziej wyrazista, jak grom z jasnego nieba.
Warunki, możliwości- naprawdę wiem o tym i staram się to doceniać, tylko że jak myślę o tych ludziach, którzy nie mieli takich możliwości a mimo to dzięki ciężkiej pracy im się udało coś osiągnąć, to zastanawiam się co oni mieli czego ja nie mam? Zapał, motywację, większą świadomość że nic samo nie przyjdzie (ja też mam taką świadomość, ale na tym się kończy).
Planowanie- w ubiegłym roku szkolnym, zapisywałam wszystkie terminy sprawdzianów, kartkówek, to rzeczywiście trochę pomagało. A w tym roku jakoś mam do tego chyba inne podejście, bo nawet jeśli coś zapiszę to i tak nic nie zmienia, i tak wiem, że zacznę naukę dzień wcześniej

Nie wiem, pojawił się u mnie jakiś tumiwisizm czy coś. I stawiam sobie czasem za nisko poprzeczkę- stać mnie na więcej, ale wystarcza mi mniej ( i tu wchodzi kwestia ambicji).
Olka napisał(a):Czyste działanie, zero zastanawiania się po co masz to robić, a może sobie odpuścisz... To często jest zbędne. Komplikujemy sobie tym życie niezmiernie. Wiem co mam robić, jest to ważne i pilne - więc odkładam wszystko na bok i skupiam się na działaniu.
Właśnie to próbuję osiągnąć, ale zawsze pojawia się coś co stanowi wystarczający powód żeby oderwać się od nauki- najgłupszy to chyba było zaniesienie kredki do oczu do łazienki, co ciekawe po tym spokojnie mogłam usiąść do dalszej nauki

A zanim zacznę to muszę dziesięć razy przełożyć zeszyty, posprzątać na biurku, schować ubrania do szafy (przy okazji posprzątać w szafie), zrobić sobie herbatę, obejrzeć Teleexpres, ponownie znaleźć zeszyty i przypomnieć sobie co właściwie miałam zrobić

I chciałabym ten proces wyeliminować.
Olka napisał(a):Ja nie miałam pojęcia w gimnazjum co chcę w życiu robić. Wiedziałam jednak, że matma czy chemia wcale mnie nie kręci - wybrałam zatem klasę o profilu humanistycznym. Na maturze zdawałam tylko te przedmioty, w których czułam się najsilniejsza (chociaż żałuję, że nie postawiłam sobie poprzeczki wyżej nie zdawałam rozszerzonego angielskiego) - wos, rozszerzony polski. Skupienie się na mniejszej ilości przedmiotów jest bardziej efektywne niż rozdrabnianie się (omnibusów nie znam. Chociaż tak patrząc na naszego Admina... Mysli Megasmiech). Celowałam w dziennikarstwo - nie dostałam się i poszłam na polonistykę do Łodzi. Psikus - nie udało się. Trafiłam na polonistykę do mniejszego miasta z specjalizacją dziennikarską - i nie mogę powiedzieć, że na tym źle wyszłam. Nie, nigdy tak nie powiem.
Porażki wiele nas uczą, ale też dają szansę - bo nie poznałabym tych ludzi, gdybym nie spędziła tego roku w Łodzi, nie rozwijała się w samorządzie gdybym nie trafiła na studia do miasta
W gimnazjum byłam humanistką, po roku liceum staram się kierować bardziej na matematykę

Wiesz, w gimnazjum to jeszcze dużo czasu, ale pięć miesięcy przed maturą- trochę mniej różowo. Zwłaszcza, że nie zadeklarowałam jeszcze dodatkowego przedmiotu. Ok, to akurat zrobiłam specjalnie, chciałam żeby nade mną ,,wisiał" i mnie zmuszał do działania. 7 lutego stał się bardzo ważną datą, właśnie dlatego, że jest to mój pierwszy deadline, do którego muszę podjąć ostateczną i nieodwołalną decyzję- co zdaję

Trochę mnie przeraża fakt, że to co wpiszę na świstku zwanym deklaracją maturalną będzie miało aż taki wpływ na, w sumie wszystko. I że jako ostatni rocznik starej podstawy, miałabym utrudnione zdawanie matury za rok, gdyby mi się zachciało. Wiem, że to raczej mało prawdopodobne, ale zawsze byłoby to jakieś wyjście awaryjne.
Olka napisał(a):Na początek kieruj się tym, w czym dobrze się czujesz, rozglądaj się póki masz czas, zaglądaj do informatorów dla maturzystów (z moich znajomych rzadko kto to robił, a tam są naprawdę przydatne informacje).
Jeden raz udało mi się znaleźć w googlach jakiś informator, ale wersja elektroniczna była wręcz odstraszająca

Prawdę pisząc- nawet nie wiem czego i jak szukać. Ale masz rację, trzeba napaść na półkę z informatorami w szkole (przynajmniej tak mi się wydaje że z informatorami) i w końcu się ,,doszkolić"